Czytasz właśnie
Bieg Rzeźnika: czyli jak osiągnąć cel
0


bieg rzeźnikaBieg Rzeźnika: czyli jak osiągnąć cel

Bieg Rzeźnika, pomysł żeby pobiec około 80 kilometrów po górach nie powstał z dnia na dzień. Rodził się nieświadomie od dwóch lat i miał po prostu związek z osiąganiem założonych celów. Dwa lata temu obiecałem sobie że przebiegnę maraton. Umiejętnie wypierałem tą decyzję do 21 grudnia 2013 roku. W 2014 roku postanowiłem, że zrobię dwa maratony: oczywiście tak też się stało. Tego też roku, w grudniu postanowiłem wymyśleć jakiś bardziej ambitny CEL i tak trafiłem na „Bieg Rzeźnika”. Nie czekając długo, napisałem SMS do Roberta Woźniaka. Dosłownie kilka minut później dostałem wiadomość zwrotną o brzmieniu „Let’s do it!”. Przygotowania zaczęliśmy od stycznia i co miesiąc robiliśmy treningowy maraton – forma rosła z miesiąca na miesiąc, i tak do kwietnia gdy podczas biegu (37 km) poczułem ból w lewym kolanie. Pomyślałem że przejdzie i odpocząłem od biegania dwa tygodnie. Niestety podczas treningowych 12km ból przypomniał o sobie, i od tego czasu zaczęła się walka o CEL. Odwiedziłem czterech lekarzy, niestety żaden nie okazał się kompetentny…ale do pięciu razy sztuka. W CMS zrobili mi niezbędne badania i zidentyfikowali kontuzję: stan zapalny oraz naderwane wiązadła przy kości strzałkowej lewego kolana. „I co teraz? Za trzy tygodnie mam zawody!” powiedziałem lekarzowi. Nie spodziewałem się żadnej innej odpowiedzi, tylko tą którą słyszałem już cztery razy, „niech Pan nie biega…”, ALE! Było zupełnie inaczej, lekarz wysłał mnie na rehabilitacje, krioterapie oraz taping (taśmy rehabilitacyjne – polecam!) i kazał od siebie pozdrowić Bieszczady. Pięć dni przed zawodami zrobiłem test i po przebiegnięciu 20 km okazało się że kolano jest OK!

 

bieg rzeźnikaBieg Rzeźnika: czyli jak osiągnąć cel

Bieg Rzeźnika odbył się w tym roku 5tego czerwca (moje 30te urodziny). Jest to towarzyski rajd miłośników biegania i Bieszczad. Blisko osiemdziesięciokilometrowa trasa wiedzie bieszczadzkim czerwonym szlakiem z Komańczy przez Cisną, góry Jasło i Fereczata, Smerek oraz połoniny do Ustrzyków Górnych. Limit czasu wynosi 16 godzin. Przyjechaliśmy z Robertem dzień wcześniej, żeby dokonać rejestracji – jak tylko zobaczyłem to stanowisko, poczułem ogromny ból w lewym kolanie i pomyślałem „taka porażka, na urodziny?”… Śmialiśmy się trochę przez łzy że po 5km wrócimy i pójdziemy na poranne piwo, opijać „nasz wyczyn”.

Po czterech godzinach udawanego snu, niecierpliwie wybiła godzina 01.00, czyli czas na dotarcie do autokaru, który odjeżdżał na Komańcze o godz 01.30 rano (czy w nocy, jak zwał tak zwał ;-). Bieg wystartował o 3 w nocy przy przejrzystym niebie, które oświetlał księżyc. Był to niesamowity widok, ponad 1400 ludzi, którzy biegną przed siebie by sprawdzić swoje możliwości: rewelacja! Tylu emocji jeszcze nie miałem, tym bardziej że podszytymi obawami o ból nogi. Po 32 km i dotarciu do Cisnej, wiedziałem że będzie dobrze. Pogoda nam sprzyjała, 20 stopni i słońce które wydawało by się że lekko nas ogrzewa. Nic bardziej mylnego, na 7 kilometrze przed drugim punktem kontrolnym ( Smerek 56km), czekała na nas płaska trasa gdzie słońce nas intensywnie przypalało. Na tym odcinku Roberta dopadł kryzys: ”Nie biegnę dalej…do przepaka i koniec…”. Jak stwierdził, nogi mu odpadały i bieg tylko (albo aż!) siłą własnej determinacji. Jak tylko dotarliśmy na Smerek, poszedłem uzupełnić bidony. Wracając zobaczyłem Roberta z kubkiem wina! Nie wierzyłem, na 21 km do końca biegu rozdawali wino! Oczywiście Robert po kilku sekundowym zastanowieniu, wyrzucił zawartość nie próbując nawet smaku owego trunku. Nie wiem co mu się stało, ale odzyskał wszystkie siły i nie mogłem go później dogonić. Na szczęście reguły tego biegu są takie, że partnerzy nie mogą oddalać się od siebie na odległość większą niż 100m. Tempo narzucone przez Roberta dało mi o sobie znać przy 70km, gdzie mnie dopadł kryzys. Musiałem się zatrzymać i zebrać siły, a trwało to około 15min. Po przerwie i w wsparciu Roberta, mozolnym krokiem wspinałem się na Połoninę Cyryńską (1297m.n.p). Najbardziej dłużyły się nam ostanie 4km zbiegu. Nogi były już tak wyeksploatowane, że każdy stopień w dół wiązał się z bólem i zgrzytaniem zębów. No i stało się, wbiegliśmy na Metę, gdzie czekały na nas hostessy z zimnym piwem i medalem. Cel został zrealizowany dzięki konsekwencji i odcinaniu się od słabości jaki są wymówki. Nauczyłem się żeby odcinać się również od ludzi którzy nie wierzą w Ciebie i karmią Cię wymówkami. Żyj z ludźmi, którzy się motywują i motywuj innych.

 

 

Jak to oceniasz?
Niezbędne
0%
Trudne
0%
Łatwe
0%
Informacje o autorze
Sebastian Wyrwał
Sebastian Wyrwał
Jestem przede wszystkim tatą i miłośnikiem biegania. Biegam z moimi dziećmi Oliwią i Aleksandrem oraz z psem Furią (seter irlandzki, zwany często Furiakiem). Wpieram moją ukochaną żonę i założycielkę sklepu wyprawkadlamaluszka.pl. Zawodowo zajmuję się zarzadzaniem marketingiem, coaching’iem (sesje prywatne) oraz prowadzę szkolenia ( z komunikacji, negocjacji, zarządzania zespołem i wiele innych – współpracuje z Instytutem NAO: nao.com.pl ).
Komentarze

Zostaw odpowiedź


*