Czytasz właśnie
Niepokorny Mnich, czyli walka z samym sobą
0


Niepokorny Mnich, czyli walka z samym sobąNiepokorny Mnich, czyli walka z samym sobą

Niepokorny Mnich, czyli walka z samym sobą. Niepokorny Mnich, czyli prawie 100km i 4300m przewyższeń i najdłuższy bieg w Szczawnicy. Po ukończonych zeszłorocznym Rzeźniku (80km i 3600m przewyższeń) brzmiało to jak fajne wyzwanie którego chciałem się podjąć, i się podjąłem. Start o 3 w nocy nie przeraził mnie, ale było chłodno ( około 1 stopień Celsjusza) więc ubrałem się adekwatnie do temperatury. Na starcie nie miałem zbyt wielu emocji (może jeszcze spałem), po usłyszeniu strzału do startu zacząłem czym prędzej przebierać nogami i…byłem w szoku bo wszyscy zaczęli mnie wyprzedzać. Pomyślałem, że albo ja za mało ćwiczyłem (robiłem między 250km a 300km w miesiącu), albo oni po 44 km zaczną padać jak muchy. Po dwóch kilometrach zaczęła się wspinaczka i tak około 11 km prawie cały czas pod górę. Podczas tego odcinka nie wiedziałem co się ze mną dzieje, serce biło mi jak oszalałe, po pierwszych kilku kilometrach musiałem co chwila stawać bo miałem jakieś bóle w klatce piersiowej – byłem przerażony, bo miałem przed sobą góry do pokonania a ja na samym początku już się wykładam…No! Ale wziąłem się w garść i dotarłem do pierwszego punktu żywieniowego „Schronisko na Przechybie” (13,5km), później spokojnie z górki do kolejnego punktu „Ryto” (24km). Pomiędzy 30 km a 44 km, cały czas krążyły mi myśli, po co to wszystko? Szczawnica jest bardzo ładna, przecież mogłem chodzić po górach z żoną na pełnym luzie, jeść smaczne lokalne potrawy i pić zimne piwo…a ja zamiast tego wybrałem bieg po górach, słodkie do obrzydzenia batony energetyczne i niezbyt smaczne „izotoniki”. Na szczęście po drodze spotkałem Jerzego z miejscowości Skurcz, z którym podzieliłem się refleksją. Bardzo ładnie to spuentował „…jak się raz poddasz, to będziesz się cały czas poddawał…”. Nie pierwszy raz toczyłem walkę ze swoim umysłem, ale tym razem miałem przyjaciela do pomocy – dzięki Jurek! Biegłem za Jurkiem do Przełęczy Gromadzkiej (około 44km), gdzie znajdował się główny punkt żywieniowy i „przepak”(czyli rzeczy na zmianę i inne akcesoria). Zjadłem tam trzy kubeczki zupy (rozmiaru podobnego jak kubki na kawę na stacjach benzynowych) i dwie herbaty z cytryną. Szybko się przebrałem, nowa koszulka i kurta sprawiły że czułem się jak po prysznicu, skarpetki zmieniałem odwracając wzrok – widziałem że przy zbiegach lewa stopa wygląda źle, więc nie musiałem na to patrzeć, zmieniłem buty z innov8 (do biegania w górach) na moje ukochane Nike Vomero 10 (do biegania po płaskim). Strategia ze zmianą butów była genialna, prawie wszędzie było sucho, a ostatni odcinek około 12km był płaski.

Niepokorny Mnich, czyli walka z samym sobą

Ruszam dalej…rozglądam się, i nie widzę Jurka – już pognał. Pełen energii biegłem dalej i tak przez około 20km, no i po drodze (odcinek asfaltowy) do kolejnego punku znowu spotkałem Jurka i jego kolegę Lucjana. Widziałem jak ludzie męczą się na asfalcie w butach górskich, niektóre buty mają znikomą amortyzacje, a gdy nogi są już zmęczone po takim dystansie (prawie 60km) twarda nawierzchnia daje w kość stawom – bolesna spawa, też to kiedyś przeżyłem. Dotarłem to punktu Wyżne Rużbachy (64km) przed Jurkiem i Lucjanem. Zatrzymałem się na chwilę, zjadłem pół pomarańczy i jedną kanapkę…czułem że jest źle, miałem już dreszcze i było mi zimno. Tych bardziej uśmiechniętych ultrasów zapytałem się czy też jest im zimno, odpowiedzi: „Nie…”, „Trochę…”. No i to mnie trochę dobiło, powiedzieli że to od zmęczenia – mieli rację, bo przez następne kilometry poruszałem się jak ślimak. Oczy mi się zamykały, ziewałem i miałem ochotę usiąść, no i tak prawie się stało…już siadałem obok trasy, zabrakło mi 10cm by poczuć miękką trawę i uczucie lekkości…ale NIE! Oczywiście ktoś mi musiał przeszkodzić! Jakiś Ultras! To był Mirek, pamiętam jak krzyczał za mną „nie rób tego!…”, no to się wyżaliłem że zmęczony jestem – ciekawe czy go zaskoczyłem 😉 . Powiedział żebym sobie ułamał jakieś patyki (nie miałem kijków do biegania, tzn. nie wziąłem ich z domu), no i rzeczywiście to pomogło bardzo! Drugą radą było zmuszenie się do tzw. wydalania płynów z organizmu – bolały nie plecy po bokach, podobno nerki…Mirek znowu miał rację, pomogło jak cholera! W trakcie takiego biegu prawie wszystkie płyny wypacałem i nie czułem potrzeby pozbycia się ich w inny sposób – prawdopodobnie nerki bardzo źle funkcjonowały i stąd miałem zawroty głowy. Podczas wspinaczki na Veterny Vrch znowu spotkałem Jurka i już prawie do końca trzymałem się za nim, a potem z górki i tak do mniej więcej 76km. Po ostatnim punkcie żywieniowym koło Lesnicke Sedlo (około 82km), zadzwoniłem do żony, powiedziałem jej że najgorsze za mną i teraz mam tylko c.a. 16km. Żona powiedziała że wszyscy znajomi mi kibicują – jaki to był POWER dla mnie. Uczucie zmęczenia minęło i liczyło się dotarcie do mety jak najszybciej…niestety na sprint nie było mnie stać, ale prawie cały czas biegłem, albo truchtałem. Ostatnie 10km było spokojne, teren względnie płaski, droga wiodła wzdłuż Dunajca – piękny widok. Gdy zostały do końca 2km, powiedziałem Jurkowi że przyspieszam i że zobaczymy się na mecie, powiedział „spoko, leć…” i tak też zrobiłem. Wbieganie na metę po takim wysiłku to rzecz niesamowita…mam nadzieje że to nie zabrzmi miękko, ale chce się płakać – przynajmniej mnie się chciało. Na Mecie czekała na mnie żona i medal – było cudownie! Poczekałem na mecie na Jurka, podziękowałem mu za towarzystwo i mentalną pomoc.

To był mój najtrudniejszy bieg, ale bieg który dał mi najwięcej satysfakcji w mojej amatorskiej karierze biegacza.

Więcej od Tato Biegaj znajdziesz tutaj (klik)

Jak to oceniasz?
Ważne
0%
Zaskakujące
0%
Niezbędne
0%
Trudne
0%
Łatwe
0%
Informacje o autorze
Sebastian Wyrwał
Sebastian Wyrwał
Jestem przede wszystkim tatą i miłośnikiem biegania. Biegam z moimi dziećmi Oliwią i Aleksandrem oraz z psem Furią (seter irlandzki, zwany często Furiakiem). Wpieram moją ukochaną żonę i założycielkę sklepu wyprawkadlamaluszka.pl. Zawodowo zajmuję się zarzadzaniem marketingiem, coaching’iem (sesje prywatne) oraz prowadzę szkolenia ( z komunikacji, negocjacji, zarządzania zespołem i wiele innych – współpracuje z Instytutem NAO: nao.com.pl ).
Komentarze

Zostaw odpowiedź


*